Kącik czytelniczy

Drodzy Uczniowie (i zainteresowani Rodzice),

proponujemy Wam powrót do Kącika  Czytelniczego pod tytułem

Czytać jest fajnie…

 

Kochani  w czytaniu rozmiłowani,

przygoda czeka na każdym kroku! Przekonał się o tym Kuba z powieści Andrzeja Żaka “Kapelusz kapitana Drake’a”.

Oto fragment:

Dok1-1O tej porze nie było zbyt wielu zwiedzających na okręcie-muzeum. Brodaty kasjer w uszytym według dawnej mody marynarskim kaftanie sprzedał im bilety i bez słowa skierował paluch w stronę trapu. Wspięli się na pokład Złotej Łani i dołączyli do piątki Japończyków. Przewodnik, również w stroju pirata, oprowadził ich najpierw po pokładzie, potem zatrzymali się na kapitańskim mostku, stanęli za kołem sterowym, wreszcie zeszli do wnętrza. Kuba nie krył rozczarowania.

– Okropnie tu ciasno! – burknął, rozglądając się po kubryku.

– Nisko i ciasno! Wąskie koje do spania, stół, przy którym jadano, trochę ubogich sprzętów i naczyń, wszystko to zupełnie nie pasowało do oglądanych na filmach wspaniałych okrętów piratów i korsarzy.
– Ciasno?! – Przewodnik najwyraźniej zrozumiał. Pomasował szczękę, jakby nagle rozbolały go trzonowe zęby.

– Flagowy okręt sir Francisa Drake’a był jednym z największych we flocie Jej Królewskiej Mości Elżbiety I.  Jej dumą i chwałą. Osiemdziesięciu majtków na pokładzie, nie licząc kapitana i oficerów. To mało?! Jego dwadzieścia dwa działa były postrachem grasujących na morzu piratów i rozbójników. Widać było, że słowa Kuby osobiście i boleśnie dotknęły przewodnika. Zadawał pytania i sam na nie odpowiadał. Z kwaśną miną wdrapał się po skrzypiących schodach na górę i niecierpliwiąc się, czekał, aż dołączy reszta. W końcu poczłapał na rufę i pchnął drzwi do kapitańskiej kajuty. W przeciwieństwie do pomieszczeń załogi komnata „pierwszego po Bogu” była obszerna. Jej wielkie okna pozwalały obserwować zarówno morze, jak i to, co działo się na okręcie. Stół z rozłożonymi mapami, luneta, kilka zdobionych rzeźbami krzeseł usiłowały nadać komnacie wygląd miejsca, gdzie zatrzymał się czas. Ale było to jedynie złudzenie. Wszystko wokół pachniało nowością   i lakierem.

– Co za ściema! – mruknął ze smętną miną Kuba. Przez moment zatrzymał wzrok na wiszącym na ścianie olejnym portrecie sir Francisa Drake’a.

– On miałby pływać na czymś takim?

– A co, myślałeś, że jest prawdziwy? – Marta potrząsnęła trzymanym w ręce programem i zaczęła się mądrzyć:

– Okręt jest kopią, repliką sławnego galeonu. Jedyne, co pozostało po Drake’u, to jego nie mniej sławny kapelusz! Pokazała otwartą szklaną gablotę, w której pyszniło się trój graniaste, ozdobione pióropuszem nakrycie głowy.

– Należał do niego? Żartujesz!

– Coś ty! Jest oryginalny! Stary żeglarski przesąd głosi, że nikomu prócz kapitana nie wolno go było dotykać,   a tym bardziej wkładać.

– Bo co? – zainteresował się Kuba. Marta wzruszyła ramionami. – Wiem tyle, co ty. […]

Nie zdążyła zaprotestować, gdy kapelusz Drake’a znalazł się najpierw w rękach, a potem na głowie Kuby.               Był duży i ciężki. Przysłonił mu oczy i nie zatrzymał się nawet na odstających uszach. Chłopiec chciał go zdjąć, ale się nie udało. Poczuł zawrót głowy, szum, a jego powieki stały się ciężkie jak z ołowiu. Gdy w końcu otworzył oczy, nie potrafił powstrzymać okrzyku. Przewodnik, Marta, Japończycy-wszystko to gdzieś znikło. Rozwiało się jak mgła.

 

Jeśli interesuje Cię, co się przydarzyło Kubie, przeczytaj powieść Andrzeja Żaka pod tytułem “Kapelusz kapitana Drake’a”.

Nowy Rok i nowy fragment literatury dla zgłodniałych czytelników. Smacznej lektury!

Mam na imię Amor. Brzmi jak kiepski dowcip, ale to szczera prawda. Tak dali mi na imię rodzice. Do dziś są zachwyceni swoim pomysłem, uważają, że to najlepsze, co im w życiu przyszło do głowy. Matka lekarka, ojciec doktor chemii… Ona ratuje ludziom życie, on odkrył w laboratorium nowy wirus wywołujący żółtaczkę… ale to się nie liczy.

– Najbardziej dumni jesteśmy z naszego Amorka – powtarzają rozanieleni. I puszczają do siebie oko. No bo jestem dzieckiem wielkiej miłości i powinienem być wzruszony, że tak mnie nazwali.

– A jak miałbym na imię, gdybym był dziewczynką? – zapytałem kiedyś.

– Gubałówka – oświadczyli zgodnie, nie zastanawiając się ani minuty. – W Zakopanem wzięliśmy ślub, spędziliśmy miesiąc miodowy, potem jeździliśmy tam na każdą sobotę i niedzielę…

Jak mógłbyś się nazywać, jeśli nie Gubałówka? No tak… To już chyba wolę być chłopcem. I niemal jestem im wdzięczny, że nazwali mnie Amor. Mógłbym przecież nazywać się Giewont. Albo Butorowy Wierch. Albo Murowaniec. Rodzice przecież zawsze pili herbatę i jedli bigos w Murowańcu, widziałem zdjęcia. Tak, Amor chyba nie jest najgorszym imieniem. Całkiem miło brzmi w połączeniu z moim nazwiskiem: Amor Korzonek. Wcale nieźle, prawda? Już trochę się przyzwyczaiłem, noszę to imię od prawie dziesięciu lat. Jeszcze z dziesięć  i może je polubię? Nie wiem tylko, czy polubią je moi nowi sąsiedzi. […]

– Gdy dowiesz się, przy jakiej ulicy stoi ten dom, będziesz zachwycony. [- powiedział tato] Od razu wiedzieliśmy, że był nam pisany, przeznaczony.

– Zwłaszcza tobie, kochanie, zwłaszcza tobie – rozpromieniła się mama, odkładając książkę na półkę, obok jej ulubionej encyklopedii ziół.

– Ulica Zakopiańska? – usiłowałem odgadnąć, dziękując jednocześnie w myślach niebiosom, że uchroniły mnie przed imieniem Giewont.

– Zakopiańska to byłaby dla mnie i dla taty, a nie dla ciebie. – Mama odrzuciła do tyłu kosmyk ciemnych, kręconych włosów, które zawsze wchodzą jej do ust i oczu. – A dla ciebie synku… No, zgadnij.

– Boję się – szepnąłem. Ale mama nie usłyszała. Radość rozsadzała ją od środka, nie mogła już dłużej czekać.

– Rozkoszna, synku! – zawołała rozpromieniona. – Pomyśl tylko: Amor z ulicy Rozkosznej. Czy to nie brzmi słodko?

 

Co w trawie piszczy, czyli czytać jest fajnie!

Pragniemy, aby przedzieranie się przez morze słów i zwały stronic książkowych stało się dla Was prawdziwą przygodą i przyjemnością.

Pewnie wielu z Was lubi psy, ma swojego czworonoga lub o nim marzy..

Zupełnie wyjątkowego psa powołał do życia literackiego Marcin Pałasz w cyklu ukazującym się od roku 2012. Elf, bo o nim mowa (z j. angielskiego Extraordinary Life Form – niezwykła forma życia) jest jednym z bohaterów i narratorów w jednej „osobie”.

Tak siebie przedstawia: Cześć! Mam na imię Elf, jestem psem i ponad roku wychowuję moich ludzi. To właśnie oni zabrali mnie z takiego miejsca, które nazywa się schronisko, i zamieszkałem razem z nimi w ich domu. Od tej pory ich wychowuję, chociaż – nie wiedzieć czemu – czasem twierdzą, że to oni wychowują mnie. Mnie! Ha, dobre sobie!

A oto fragment powieści (przyjemnej lektury!):

Zabrali mnie! Zabrali mnie od mojej kochanej Erki… W tym czymś, co nazywa się „samochód” – tak przynajmniej zrozumiałem – płakałem tak długo, aż w końcu zrobiło mi się niedobrze. Ludzie stwierdzili, że nie powinienem był jednak jeść śniadania.Chyba mieli rację. Ale potem bardzo ładnie posprzątali mój transporter. Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się, dookoła były drzewa, ale psa – żadnego… Oczywiście z wyjątkiem tego, który jechał w drugim transporterze – małego, sennego kundelka, który kompletnie nie miał ochoty na rozmowę. Zwyczajnie sobie spał! Tak jakby wyciąganie psa z klatki i wiezienie go nie wiadomo dokąd było czymś absolutnie normalnym! I nawet mi się nie przedstawił. Gdy na postoju otworzyli mój transporter, wyskoczyłem z niego jak z procy, chcąc uciec i poszukać drogi do domu, do Erki. Miałem jednak na sobie te całe szelki i gdy już prawie udało mi się wyjąć z nich łapy, ludzie to zobaczyli i założyli je trochę ciaśniej. Wtedy już nie dało się wyswobodzić… Nie znałem tutejszych zapachów, drzewa pachniały obco, całe otoczenie było jakieś… no, nie takie, jak powinno. Z podkulonym ogonem ledwo przykucnąłem i zrobiłem siusiu, po czym posłusznie wróciłem do samochodu. Potem udało mi się na krótko zasnąć… Ale gdy się obudziłem, przestraszyłem się jeszcze bardziej, gdyż zapachy dobiegające zza okien jadącego samochodu wciąż były obce. Nie takie, jakie znałem! Gdzie, gdzie ja byłem? Dokąd oni mnie wieźli…?! A potem nastąpiło coś absolutnie najstraszniejszego. Samochód w końcu się zatrzymał, ludzie trochę gadali ze sobą, a trochę do takiego małego czegoś, co trzymali przy uszach. Dziwni jacyś są. Ale to wiedziałem już wcześniej. Najgorsze było to, że gdy w końcu jeden z nich otworzył transporter i wyprowadził mnie na zewnątrz, pojawił się kolejny człowiek. Spojrzałem na niego i zamarłem. Dosłownie słabo mi się zrobiło. Jego oczy były niebieskie jak… jak u Rambo!!! Boże mój, psiakość – to jakiś ludzki husky!!! Och, Psia Matko…! Potem jednak troszkę się zdziwiłem, ponieważ Duży podszedł do mnie jak pies, który chce się zapoznać. Takim łukiem, trochę z boku. To mnie podbudowało. Mimo wszystko skuliłem się, bo myślałem, że ten ludzki husky będzie złośliwy i wredny. A on – nie! Co prawda trzymał moją smycz, nie wiadomo więc było, co mu strzeli do głowy, ale spokojnie usiadł obok na chodniku i zaczął do mnie mówić…! Było to bardzo zaskakujące. Tym bardziej że głos miał taki jakiś miękki, ciepły i wbrew samemu sobie, wbrew instynktowi, który kazał mi uciekać gdzie kości rosną, zacząłem się uspokajać. Nie wiem sam, jak długo mówił, i nie za bardzo też wiem o czym, ale dziwnie przyjemnie się go słuchało. Często powtarzał moje imię i w jakiś sposób rozumiałem, że Duży w tym momencie całą swoją uwagę poświęca właśnie mnie, co do tej pory bardzo rzadko mnie spotykało ze strony ludzi. Gadał tak i gadał, aż w końcu odważyłem się znowu spojrzeć w te strasznie niebieskie oczy. A one wcale nie były takie złe! Tylko, nie wiedzieć czemu, trochę mokre. Widocznie Duży wymaga naprawy, uznałem rozsądnie. Bo oczy mu przeciekają. Potem znienacka wstał. No to ja też wstałem, bo Duży nawet pachniał dosyć interesująco. Jakoś tak, jakby to powiedzieć… smakowicie. A już najbardziej jego dłonie.

Odsunął się nieco, ale chciałem, żeby znowu zaczął opowiadać. Przybliżyłem się więc do niego, choć ciągle jeszcze się bałem. Zrobił krok do przodu, a wtedy ja też! Sam nie wiem, co przezwyciężyło mój strach: ten smakowity zapach czy ten głos? A może to, że jego emocje pachniały prawie tak samo jak moje? Trochę strachu, trochę oczekiwania, obawa, ale i nadzieja, że wszystko skończy się dobrze. Ech, bo ludzie najwyraźniej nie wiedzą, że każde uczucie ma swój zapach! Gdy ktoś się boi, pachnie inaczej. Gdy jest szczęśliwy – też inaczej. I tak dalej… Kiedy Duży ruszył przed siebie, podreptałem za nim.

 Marcin Pałasz, Sposób na Elfa